2
czwartek, 29.lipica.2010, 01:24
Pojawiła się nowa oprawa graficzna, za co podziękować należy Lysiakowi, bo dzielnie zmierzyła się z zakodowaniem grafiki. Dedykowane idei, za to, że się pojawiła.
Niewątpliwie byłeś urodzonym sukinsynem. Zanim jeszcze znałam imiona twoich dziadków domyślałam się, że masz więcej niż jedno oblicze, ale z pewnością nie sądziłam, że akurat to określenie przywrze do ciebie tak mocno i będzie tak trafne. Młode kobiety słyną ze swej naiwności, nawet ja nie zdołałam uciec przed tą przygniatającą regułą.
Czwartek, czternasty maja, ostatni słoneczny poranek miesiąca. Jest ciepło i bezwietrznie więc w przypływie dobrego humoru postanawiam wybrać się na krótki spacer do pobliskiego parku. Zabieram ze sobą chusteczki i paczkę herbatników dla miastowego ptactwa. Wychodzę z mieszkania, zamykam drzwi, zbiegam ze schodów i radosnym krokiem zmierzam kamienistą uliczką w kierunku centrum. Błękitne niebo odbija się w oknach, mogłabym przysiąc, że znajduje się po drugiej stronie szyby i zaczynam się zastanawiać, czy przypadkiem nie jestem zamknięta w jakimś pomieszczeniu, które tylko sprawia wrażenie otwartej przestrzeni. Bezpańskie koty łaszą się do ceglanych, czerwonych ścian – znów powraca do mnie myśl o przygarnięciu jednego z nich. Czy nie byłoby wspaniale dzielić mieszkania z istotą tak dalece niezależną i pełną dumy, a jednocześnie na swój własny sposób przywiązaną do swego współlokatora. Za każdym razem zarzucałam ten pomysł ze względu na uderzające mnie znienacka wątpliwości dotyczące ograniczenia mojej wolności i wolności kota – tak też się stanie i tym razem, to pewne. Dlatego idę dalej, choć będąc już w dosyć dużej odległości od karminowych kamienic odwracam się jeszcze na chwilę i smagam tęsknym spojrzeniem szare, przybrudzone futerka. Od parku dzielą mnie już minuty, kolejne kroki i oddechy. Jestem na miejscu.
Lubię tutejsze ławki, zaryzykowałabym stwierdzenie, że są najwygodniejsze ze wszystkich, jakie przyszło mi oglądać i używać. Wcale nie ma to związku z moją prawną przynależnością do tego miejsca, bo gdybym tylko wygrała przysłowiowy milion {albo uchowała w sobie więcej fantastycznego uporu w dążeniu do obranego celu} z pewnością przechadzałabym się teraz po zielonych polach Walii. Po prostu ich parametry są idealnie dopasowane do potrzeb mojego ciała. Nie omieszkam potwierdzić tego również w tym momencie; siadam i układam głowę na krawędzi najwyżej przytwierdzonej belki oparcia.
Zwielokrotniona sieć drobnych gałązek podtrzymuje chłodny nieboskłon. Niezliczona ilość sczerniałych od światła liści ukrywa kolejne milimetry błękitnej przestrzeni ponad moją czaszką. Na szczęście dla mnie jedynym dźwiękiem , który dociera do moich uszu jest uroczy świergot wróblowatego ptactwa. Przychylny los pozwala mi się skupić na rozplątywaniu pęczka myśli skrupulatnie zbieranych i wiązanych przez cały tydzień. Najchętniej pociągnęłabym za wszystkie sznurki, mając nadzieję, że problemy same się rozwiążą, ale jak uczy doświadczenie takie zachowanie prowadzi jedynie do zaciśnięcia się więzów i śmiercionośnych pętli. Dlatego delikatnie uwalniam kolejne wspomnienia, przeciągam obrazy i słowa, ażeby w końcu utworzyć z nich niezbyt duży, idealnie kulisty kłębek. Gdy już pokonam barierę nieustającego głodu wolności będę rzucać te kłębki moim kotom. Pięćdziesiąt dwa koty na każdy rok.
Wracając, staram się uważnie obserwować twarze mijanych ludzi. Początkowo nie wychodzi mi to zbyt dobrze, ale źle zorganizowane, kilkunastoosobowe wycieczki krajoznawcze nigdy nie będą związane z takimi wyrażeniami jak ład, spokój, uporządkowanie czy statyka. Dopiero opuszczając najbardziej zatłoczoną część drogi powrotnej ponawiam postanowienie. Mijam jaskrawo niebieski przystanek. Długowłosa kobieta około pięćdziesiątki wpatruje się uważnie w rozkład autobusowy. Mruży szare, głęboko osadzone oczy, a usta zaciska tak mocno, że górna i dolna warga stają się jednym, bladoróżowym odcinkiem. Wydaje mi się, że zapomniała zabrać ze sobą okularów i teraz stoi przed nie lada wyzwaniem, jakim jest odszyfrowanie drobnych cyfr i liter, rozpływających się w bladożółtej mgle. Chyba nie jest stąd, inaczej z pewnością wiedziałaby, że autobusy pojawiają się tutaj co piętnaście minut i, jeśli nie zaistniała wyjątkowa potrzeba, nie ma sensu sprawdzać kiedy przyjedzie następny. Dwa metry na prawo stary John ze swoim równie sędziwym kundlem imieniem Skowyt zajmują zwyczajowo schody przed najstarszą kamienicą w mieście. Mężczyzna spogląda na przechodniów w charakterystyczny, niezmienny od wielu lat sposób, który określić można słowami „spode łba”. W istocie, głowa Johna zasługuje raczej na takie miano ze względu na swą wielkość i nieforemność. Nie bez powodu jego postać stała się groźbą i przestrogą dla niejadków, rozrabiaków i niezbyt rozgarniętych młodzieńców, którym strapione matki wróżą nieciekawą przyszłość. Nawet ja, będąc jeszcze dzieckiem, śniłam okropne koszmary, w których stary Mudner gonił mnie przez park, wymachując bezwładnym, wyliniałym ciałem swego psiego towarzysza. Budziłam się wtedy zlana słonym potem i jak najszybciej biegłam do łóżka rodziców, zaspokajając potrzebę poczucia bezpieczeństwa. Teraz ograniczam się jedynie do delikatnych dreszczy, które smagają moje plecy i kark, gdy czuję, że skupiam na sobie uwagę Johna. Szybkim krokiem dochodzę do skrzyżowania, skręcam w lewo i znajduję się na powrót pośród ceglanych kamienic.
x.
Siedzisz na moim łóżku w mocno sfatygowanym, granatowym swetrze i z nieuporządkowanymi włosami. Masz takie długie palce, niczym pajęcze nóżki, w sumie nic w tym dziwnego jeśli wziąć pod uwagę, że rękawy nigdy nie sięgają ci do nadgarstków. Rozdajesz karty. Jedna dla mnie, jedna dla ciebie, jedna dla mnie, jedna dla ciebie, aż w końcu mamy ich pięć. Rozpoczyna dziesiątka kier, dziesięć zakłopotanych dni, dziesięć zmartwionych minut, dziesięć zafascynowanych sekund wpatrywania się w twoje niepoprawnie łagodne oczy. Zajmuję miejsce naprzeciw, spoglądam na swój papierowy dobytek. Wzdycham ciężko, nic do siebie nie pasuje, nic nie jest zsynchronizowane, sparowane, ani jednej trójki. Nie poddaję się jednak, nawet wtedy, gdy wachlarz ubogaca się w ciągu kilku chwil. Przecież dama kier puszcza mi porozumiewawcze oczko, a żołędziowy walet uśmiecha się pobłażliwie.
Do ostatniej chwili nie wierzę, że przegrywam, nawet gdy wychodzisz przez okno.
Nastrój:
tagi:
!. Opera 1024x768.